Magdalena Cielecka weszła w projekt, który nawet dla doświadczonej aktorki okazał się czymś zupełnie osobnym. Nie był to zwykły spektakl, nie była to klasyczna premiera i nie było miejsca na bezpieczne teatralne przyzwyczajenia. Przez całą dobę pozostawała na scenie, mierząc się z emocjami, zmęczeniem, publicznością i setką scenicznych partnerów.
Wszystko wydarzyło się podczas Festiwalu Malta w Poznaniu, rozgrywanego w ostatni weekend czerwca. Już wcześniej zapowiadano, że Cielecka weźmie udział w polskiej wersji „The Second Woman”, jednego z najgłośniejszych projektów teatralnych ostatnich lat, stworzonego przez Nat Randall i Annę Breckon. Sama formuła robiła wrażenie jeszcze przed startem.
Aktorka spotkała się na scenie ze stu mężczyznami wybranymi w castingu. Chętnych było aż 705. Wśród uczestników dominowali amatorzy, ale pojawiły się też rozpoznawalne nazwiska, między innymi Jacek Poniedziałek. Każdy z nich wchodził w ten sam teatralny układ, ale za każdym razem energia sceny mogła potoczyć się inaczej.

U boku Cieleckiej nie było tego dnia Bartosza Gelnera. Jej ukochany nie mógł jej towarzyszyć, ponieważ miał własne zawodowe obowiązki i musiał być na planie. Aktorka została więc sama w projekcie, który wymagał ogromnego skupienia, fizycznej odporności i gotowości na wszystko, co może przynieść kontakt z kolejną osobą.
Z każdym partnerem Magdalena Cielecka odgrywała około 10-minutową scenę rozstania. Każda z tych scen mogła zakończyć się jednym z dwóch zdań: „zawsze cię kochałem” albo „nigdy cię nie kochałem”. Ostatecznie częściej miały padać te pierwsze słowa, co tylko dodawało całemu wydarzeniu emocjonalnego ciężaru.
Po zakończeniu dobowego występu aktorka nie zniknęła od razu za kulisami. Mimo że właśnie spędziła 24 godziny na scenie, wyszła do dziennikarzy i opowiedziała, co działo się z nią w trakcie tego nietypowego doświadczenia. Jej słowa pokazały, że organizm i emocje zareagowały zupełnie inaczej, niż można było zakładać.

„Na szybko mogę powiedzieć, że czegoś takiego jeszcze nie przeżyłam. Emocje były megaduże. Ani przez chwilę nie poczułam zmęczenia, nie zmrużyłam oka. Właściwie nic nie jadłam poza tym, co było na scenie, bo naprawdę nie chciało mi się jeść. Czułam ekscytację i wsparcie widowni” – mówiła Magdalena Cielecka.
To wyznanie brzmiało zaskakująco, bo po tak ekstremalnym projekcie można było spodziewać się wyłącznie wyczerpania. Tymczasem Cielecka mówiła o napięciu, energii i czymś, co bardziej przypominało mocny przepływ adrenaliny niż zwykłe teatralne zmęczenie. Publiczność także odegrała w tym ogromną rolę.
Aktorka przyznała, że widownia zachowywała się inaczej niż w klasycznym teatrze. Raz panowała pełna cisza, innym razem sala reagowała ogromnymi oklaskami. Do tego dochodziły telefony, nagrywanie i poczucie, że jest się trochę nie na spektaklu, lecz na wydarzeniu przypominającym koncert.
„Czułam się trochę jak gwiazda rocka, bardziej jak na koncercie, bo też ta świadomość sali, która wstrzymuje oddech, totalna cisza, a potem feria oklasków, plus na przykład, czego ja przecież z teatru nie znam, wszechobecne telefony i kręcenie” – wyznała.
Cielecka nie ukrywała, że w trakcie tak długiego grania pojawiały się różne obserwacje i myśli. Na ich pełne uporządkowanie potrzeba jeszcze czasu. Po wszystkim mówiła jednak jasno: to było doświadczenie, którego nie da się szybko zamknąć jednym zdaniem ani potraktować jak kolejnego punktu w zawodowym kalendarzu.
Emocje było widać już przed startem. Na 30 minut przed rozpoczęciem wydarzenia aktorka była już gotowa, umalowana i mimo stresu odpowiadała na pytania z dużym spokojem. Nie udawała jednak, że podchodzi do zadania bez napięcia. Wręcz przeciwnie, mówiła o ciężarze wyzwania i wielkiej niewiadomej.
„Trochę się czuję jak sportowiec. Mam głupawkę, to pewnie z nerwów, ale też z ekscytacji. Czuję ciężar wyzwania, czuję cały czas tę wielką niewiadomą, bo nie wiem, co mnie czeka. Nie wiem, jak to wytrzymam. Mam jakieś narzędzia, żeby to unieść, ale wydarzyć się może wiele. Wydarzyć się może wszystko. Też na tym polega ten projekt, dlatego tak mnie zainteresował, zafascynował” – mówiła przed występem.
Przygotowania trwały od kilku tygodni i nie ograniczały się tylko do prób. Cielecka musiała zadbać o ciało, koncentrację i odporność psychiczną, choć sama dobrze wiedziała, że takiego projektu nie da się przewidzieć w stu procentach. W międzyczasie pracowała również na planie serialu, więc szczególnie starała się oszczędzać siły.
„Myślę, że jestem przygotowana. Przygotowywałam się bardzo intensywnie na różnych poziomach od kilku tygodni. Wczoraj mieliśmy też bardzo wyczerpującą próbę tutaj na miejscu” – relacjonowała.

„The Second Woman” okazało się dla niej czymś więcej niż teatralnym eksperymentem. To był sprawdzian wytrzymałości, obecności i gotowości na powtarzanie tej samej sytuacji wciąż od nowa, ale z innym człowiekiem naprzeciwko. Właśnie dlatego każda scena, choć oparta na podobnym schemacie, mogła inaczej uderzyć w emocje.
Magdalena Cielecka ma za sobą role trudne, głośne i wymagające, ale tym razem sama przyznała, że nie przeżyła jeszcze niczego podobnego. Dobę poświęconą jednej scenie rozstania, setce partnerów i publiczności, która oddychała razem z nią, trudno porównać do zwykłego spektaklu. To był teatralny maraton, po którym aktorka wyszła nie z pustką, lecz z poczuciem, że właśnie dotknęła czegoś naprawdę wyjątkowego.
