Barbara Ludwiżanka wybaczała Hańczy zdrady i czekała na niego całe życie. Ich miłość miała bolesną cenę

Barbara Ludwiżanka i Władysław Hańcza przez lata uchodzili za parę niemal idealną. W środowisku patrzono na nich jak na aktorskie małżeństwo zbudowane z wielkiego uczucia, przywiązania i wspólnej historii. Dopiero po czasie wyszło na jaw, że za tą piękną opowieścią kryło się znacznie więcej: zdrady, rozstania, wybaczanie i miłość, której Barbara nie potrafiła się wyrzec.

Hańcza, dla wielu widzów na zawsze niezapomniany Kargul z filmów „Sami Swoi”, „Nie ma mocnych” i „Kochaj albo rzuć”, zanim stworzył dom z Barbarą Ludwiżanką, miał już za sobą pierwsze małżeństwo. We wrześniu 1929 roku poślubił Helenę Chaniecką, 19-letnią gwiazdkę poznańskiego Teatru Polskiego. Trzy lata później urodził się ich syn, Władysław junior.

Kiedy chłopiec miał 10 lat, w życiu Hańczy była już Barbara. Nie był to jednak romans, który zaczął się od natychmiastowej zgody z jej strony. Aktor zabiegał o nią wcześniej, ale ona nie od razu chciała wpuścić go do swojego życia.

„Już wcześniej o mnie zabiegał, ale go nie chciałam” – wspominała.

Dla Władysława Hańczy Barbara stała się kobietą, której nie potrafił wyrzucić z serca. Zakochał się w niej mocno, niemal bez opamiętania, i uważał, że właśnie ona jest dla niego stworzona. Życie szybko jednak wystawiło ich uczucie na ciężką próbę.

Pod koniec 1939 roku, przez dramatyczną sytuację na świecie, musieli się rozstać. Dopiero po latach ich drogi znów się przecięły. Przez pewien czas byli razem bez ślubu, bo Hańcza formalnie nadal pozostawał mężem Heleny, matki swojego syna. Co więcej, nie śpieszył się z rozwodem.

Dopiero w 1948 roku aktor zdecydował się zamknąć tamten rozdział i rozpocząć nowe życie u boku Barbary Ludwiżanki. Dla niej był to związek najważniejszy, choć od początku nie należał do łatwych. Barbara wiedziała, że ukochany nie zawsze był jej wierny.

W Warszawie szeptano o jego romansie z Elżbietą Barszczewską, wielką gwiazdą Teatru Polskiego. Hańcza miał wzdychać do niej jeszcze jako młody chłopak, na długo przed tym, zanim poznał Barbarę. Ta relacja była wyjątkowo ryzykowna, bo aktor był blisko związany z jej rodziną. Był najlepszym przyjacielem męża Elżbiety, a ona przyjaźniła się z jego żoną.

Ten romans nie trwał długo. Po kilku miesiącach wszystko się skończyło, a Hańcza wrócił do Barbary. Ona mu wybaczyła. I choć dla wielu kobiet byłby to moment, po którym nie da się już odbudować zaufania, Ludwiżanka wybrała inaczej.

Po latach przyznała, że była gotowa znieść bardzo wiele, byle Władysław jej nie zostawił. Nie ukrywała, że miał w ich relacji silniejszą pozycję, ale nawet to nie było dla niej najboleśniejsze.

„Dominował w naszym związku, co nie miało dla mnie wielkiego znaczenia. Wolałam, żeby dominował, niż żeby go nie było” – mówiła po jego śmierci.

Hańcza także nie udawał, że jest mężczyzną obojętnym na kobiety. Zainteresowanie, które budził, sprawiało mu przyjemność. Mimo to powtarzał, że najważniejsza pozostaje Barbara, którą czule nazywał swoją „maleńką Basią”.

„Ja kobiety lubię, mając pełną świadomość ich wad. Ich psychika, z całym balastem typowo niewieścich ułomności, wzrusza mnie oraz jednocześnie czyni bardziej wrażliwym mężczyzną i tym samym chyba lepszym mężem” – wyznał.

Dopiero po śmierci męża Barbara odsłoniła też własną tajemnicę. Przyznała, że kiedyś zdradzała Hańczę z ich kolegą z teatru, Janem Kreczmarem. Nie był to jednak długi związek. W jej życiu najważniejszym mężczyzną do końca pozostał Władysław.

Ich małżeństwo miało jeszcze jeden cichy ból. Barbara i Władysław bardzo chcieli mieć wspólne dziecko, ale nigdy się go nie doczekali. Po latach aktorka mówiła o tym z żalem, jak o decyzji odkładanej tak długo, aż przestała być możliwa.

„Byliśmy zbyt zajęci pracą, nie mieliśmy czasu na dziecko. A kiedy już mieliśmy czas, było za późno” – opowiadała Ludwiżanka.

Syn Hańczy z pierwszego małżeństwa był dla Barbary kimś bardzo bliskim. Traktowała Władysława juniora jak własne dziecko, dlatego jego nagła śmierć była dla niej ogromnym ciosem. Zmarł w 1966 roku, mając zaledwie 34 lata.

Ostatni dramat w życiu Barbary i Władysława przyszedł w 1977 roku. Podczas wakacji na Sycylii Hańcza nagle źle się poczuł. Po powrocie do Polski trafił do szpitala i już nigdy z niego nie wyszedł.

Barbara była przy nim tak często, jak tylko mogła. Czuwała przy jego łóżku, odchodząc jedynie wtedy, gdy musiała grać w teatrze. W wieczór, w którym Władysław Hańcza umierał, ona występowała w „Panu Jowialskim”.

„Gdy wchodziłam na scenę, koledzy już wiedzieli, że mąż nie żyje. Następnego dnia też grałam. Tak było mi lżej” – wspominała.

Po jego odejściu mówiła o ich miłości bez udawania, że była prosta. Wiedziała, ile ich kosztowała, ale nie miała wątpliwości, jak ważne miejsce zajmowała w życiu Hańczy.

„Różnie między nami bywało, ale wiem, że byłam miłością życia Władka. Całe życie to ja na niego czekałam, teraz on czeka na mnie” – dodała.

Władysław Hańcza zmarł 19 listopada 1977 roku. Barbara Ludwiżanka przeżyła go o 13 lat. Odeszła 26 października 1990 roku. Jej ostatnim życzeniem było spocząć obok męża na cmentarzu Powązkowskim.

Ich historia nie była bajką o idealnej wierności. Była opowieścią o uczuciu pełnym pęknięć, powrotów, zdrad i wybaczeń, których nie każdy potrafiłby zrozumieć. Barbara Ludwiżanka trwała przy Władysławie Hańczy do końca, choć doskonale wiedziała, że miłość do niego nie raz ją bolała.

Rating
( No ratings yet )
pl.interesujacy.com