Małgorzata Pritulak i Zdzisław Wardejn mają za sobą historię, która wcale nie zaczęła się jak spokojny romans z teatralnych kulis. Ona była młodą, obiecującą aktorką, on miał już za sobą małżeństwo, rozpoznawalność i mocną pozycję w zawodzie. Kiedy spotkali się na planie, zamiast czułych spojrzeń była awantura. A jednak właśnie od tego spięcia zaczęła się relacja, która przetrwała ponad 50 lat.
Pritulak, dziś 79-letnia aktorka, pół wieku temu należała do najciekawszych twarzy swojego pokolenia. Po ukończeniu warszawskiej PWST szybko dostała jedną z głównych ról w „Iluminacji” Krzysztofa Zanussiego. Wielu widziało w niej przyszłą wielką gwiazdę polskiego kina.
Ona sama nie patrzyła jednak na życie wyłącznie przez pryzmat kariery. Sława nie była dla niej największym celem. Dużo bardziej pociągała ją wizja domu, bliskości i spokojnego życia z człowiekiem, którego naprawdę pokocha. Tego człowieka spotkała w 1972 roku podczas pracy nad spektaklem Teatru Telewizji.

Zdzisław Wardejn był od niej starszy o 8 lat. Miał już wtedy za sobą poważne życiowe doświadczenia i pierwsze małżeństwo. Jego pierwszą żoną była Irena Grzonka, którą poznał na początku lat 60. w zielonogórskim Teatrze Ziemi Lubuskiej. Trafił tam zaraz po studiach i właśnie tam zaczęła się tamta historia.
Po ślubie Zdzisław i Irena doczekali się syna Wojciecha, a później przenieśli się do Poznania. Przez pewien czas mogło się wydawać, że stworzą trwałą rodzinę, ale uczucie nie przetrwało. Po 5 latach wspólnego życia para zdecydowała się na rozwód.
Kiedy Małgorzata Pritulak kończyła szkołę teatralną, Wardejn był już aktorem z nazwiskiem. Grał na scenie prowadzonej przez Adama Hanuszkiewicza, przyjmował kolejne role i pojawiał się także w spektaklach telewizyjnych. Był aktywny, rozchwytywany i pewny swojego miejsca w zawodzie.
Miał 32 lata, gdy poznał Małgorzatę. Mieli pracować przy tym samym spektaklu, ale pierwsze spotkanie nie zapowiadało wielkiej miłości. Wszystko zaczęło się od spóźnienia i ostrej wymiany zdań.
„Spóźniła się na próbę, którą prowadziłem” – wspominał po latach Wardejn.
Aktor nie przeszedł nad tym do porządku dziennego. Zrobił młodszej koleżance awanturę. Tyle że Pritulak nie była osobą, która potulnie przyjmie reprymendę. Odpowiedziała mu równie stanowczo i również podniosła głos. Zamiast iskier sympatii pojawiły się iskry złości.
Po tej sytuacji Małgorzata obraziła się na Wardejna. Przez cały okres pracy nad spektaklem „Ameryka” starała się go ignorować. Atmosfera między nimi była chłodna, a nikt z boku nie musiałby zgadywać, że za jakiś czas ta dwójka stworzy jedno z najtrwalszych aktorskich małżeństw.
Dopiero pod koniec zdjęć coś zaczęło się zmieniać. Zaczęli rozmawiać spokojniej i nagle okazało się, że za pierwszym konfliktem kryje się coś więcej niż tylko zawodowe napięcie. Kolejne spotkania otworzyły przed nimi drogę do uczucia, które szybko stało się bardzo poważne.
„Spotkaliśmy się raz i drugi, z czasem pojawiło się uczucie, a w końcu oświadczyłem się Małgosi i wzięliśmy ślub. To była jedna z najlepszych decyzji w moim życiu” – wyznał Wardejn.

Po ślubie ich życie nie było jednak wolne od prób. Gdy na świat przyszli synowie pary, Przemysław i Franciszek, Zdzisław Wardejn przyjął pracę wykładowcy w Akademii Sztuk Teatralnych w Maastricht. Wyjechał do Holandii, gdzie mieszkał i pracował przez kilka lat, choć nigdy nie poczuł się tam naprawdę u siebie.
Ten czas był szczególnie wymagający dla Małgorzaty. Została w Polsce i sama zajmowała się wychowywaniem synów. Nie zamknęła się jednak wyłącznie w domowych obowiązkach. W wolnych chwilach studiowała malarstwo w Akademii Sztuk Pięknych, bo właśnie malowanie od dawna było jedną z jej największych pasji.
Po powrocie do kraju Wardejn znów mocno wszedł w pracę. Filmowcy nadal o nim pamiętali, a widzowie pokochali go za role, które szybko stały się częścią popularnej kultury. W drugiej połowie lat 80. i na początku lat 90. zagrał między innymi Mariana Wolańskiego w „Koglu-moglu” oraz Remka w „Komedii małżeńskiej”.
Małgorzata Pritulak pojawiała się na ekranie rzadziej niż mąż. Nie traktowała tego jednak jak życiowej porażki. Nie miała w sobie żalu, że jej kariera nie potoczyła się tak głośno, jak mogła. Sama przyznawała, że aktorstwo nigdy nie było dla niej ważniejsze od bliskich.
„Najważniejsi zawsze byli dla mnie moi mężczyźni – mąż i synowie” – mówiła.
W tym zdaniu mieści się dużo z jej życiowego wyboru. Pritulak mogła walczyć o większą obecność na ekranie, ale wybrała rodzinę, codzienność i własne pasje. Jej relacja z Wardejnem nie była jednak bajką bez cieni. Oboje mieli za sobą różne przejścia, a lata wspólnego życia nie zawsze były łatwe.
Zdzisław Wardejn nigdy nie ukrywał, że Małgorzata jest dla niego kimś wyjątkowym. Po latach mówił o ich związku z czułością, ale też bez udawania, że wszystko zawsze układało się idealnie. Dla niego najważniejsze było to, że po wszystkich zakrętach nadal są razem.
Niedawno para świętowała złote gody. To rzadki jubileusz, zwłaszcza w świecie, w którym wiele relacji nie wytrzymuje próby czasu, pracy i osobnych ambicji. U nich początkiem była kłótnia, później przyszła miłość, dzieci, rozłąka związana z pracą, powroty i wspólne starzenie się.
„Z Małgosią mieliśmy różne przejścia i różnie to czasem bywało, ale jednak gdy teraz nasze dzieci mają swoje rodziny i swoje dzieci, a my jesteśmy już tylko dla siebie, to jest naprawdę pięknie” – powiedział Wardejn.

Ta historia ma w sobie coś przewrotnego. Małgorzata Pritulak na początku nie zamierzała zachwycać się Zdzisławem Wardejnem, a on nie zaczął znajomości od romantycznego gestu, tylko od reprymendy. Ona nakrzyczała na niego, on zapamiętał ten charakter, a życie dopisało resztę.
Dziś, po ponad pół wieku, ich związek brzmi jak opowieść o tym, że wielka miłość nie zawsze wchodzi cicho i elegancko. Czasem zaczyna się od złości, urażonej dumy i sceny, po której nikt nie spodziewałby się ślubu. A jednak Małgorzata Pritulak i Zdzisław Wardejn udowodnili, że nawet awantura może być początkiem historii na całe życie.
