Małgorzata Niemirska do dziś nosi w sobie tę stratę. Miłość do Marka Walczewskiego zaczęła się od skandalu, a skończyła bólem

Małgorzata Niemirska przez 35 lat była żoną Marka Walczewskiego. Ich historia od początku budziła emocje, bo gdy aktorka poznała przyszłego męża, sama była jeszcze związana z reżyserem Andrzejem Makowieckim. Po latach przyznała, że bardzo szybko zrozumiała, iż dla Walczewskiego jest gotowa przewrócić swoje życie do góry nogami.

Nie wiedziała jednak wszystkiego. Dopiero później dotarło do niej, że Marek Walczewski także nie był wolny i łączyła go małżeńska przysięga z Anną Polony. „Dowiedziałam się, kiedy już było za późno” — wspominała Niemirska.

Kiedy w grudniu 1974 roku stanęła z Walczewskim przed urzędnikiem, wiele osób z jej otoczenia nie wierzyło, że ta relacja da jej szczęście. Słyszała ostrzeżenia, widziała nieufne spojrzenia i wiedziała, że dla części znajomych ich miłość będzie trudna do zaakceptowania. Ona jednak była pewna jednego: Marek okazał się najważniejszym mężczyzną jej życia.

Gdy ich związek wyszedł na jaw, zrobiło się bardzo głośno. Małgorzacie zarzucano, że zburzyła małżeństwo Marka z Anną Polony, a jego obwiniano o rozpad jej relacji z Andrzejem Makowieckim. Dla nich ta historia wyglądała jednak inaczej. Nie jak chłodna kalkulacja, ale jak uczucie, przed którym nie umieli uciec.

„Patrząc z perspektywy na to, czym byliśmy dla siebie, nie mogliśmy postąpić inaczej. Byliśmy dla siebie stworzeni” — mówiła po latach aktorka.

Niemirska nie udawała też, że rozstania były łatwe i bezbolesne. „Rozwody są okropne, ale większym grzechem byłoby, gdybyśmy nie wykorzystali szansy, jaką dał nam los” — stwierdziła.

Ich ślub nie miał nic wspólnego z wielką uroczystością. Do Urzędu Stanu Cywilnego pojechali wartburgiem, który Marek Walczewski kupił za pieniądze zarobione podczas występów w krakowskiej Jamie Michalikowej. Wszystko trwało zaledwie 10 minut.

Nie było tłumu gości, rodzinnych przemówień ani weselnego zamieszania. Oprócz młodej pary obecni byli tylko świadkowie: reżyserka „Desperatów” Anna Minkiewicz oraz aktor Jerzy Kamas. Nawet rodzice Małgorzaty dowiedzieli się o jej drugim małżeństwie dopiero wtedy, gdy było już po wszystkim.

Po ślubie zaczynali skromnie. Najpierw mieszkali w małej kawalerce użyczonej przez znajomego, potem przenieśli się do mieszkania w bloku, które otrzymali z przydziału. Na własny dom musieli czekać aż 25 lat małżeństwa.

Niemirska potrafiła jednak tworzyć dom nawet tam, gdzie warunki nie były idealne. „Mam dar organizowania domu gdziekolwiek jestem, więc staram się, żeby nawet w pokoju hotelowym było ciepło i przytulnie” — opowiadała.

Walczewski mówił o niej z czułością i podkreślał, że to właśnie przy niej zwykłe miejsce stawało się bezpieczne. „Ciepło i przytulnie jest wszędzie tam, gdzie jest Małgosia. Jest między nami coś, co przypomina uzależnienie. Chyba nie potrafimy już żyć oddzielnie” — wyznał.

Jednego w ich życiu zabrakło, choć bardzo tego pragnęli. Małgorzata Niemirska dopiero po latach od śmierci męża powiedziała otwarcie, że oboje marzyli o dziecku. Próbowali, walczyli i robili wszystko, by zostać rodzicami, ale los nie dał im tej szansy.

„Przeżyłam szereg ciężkich zabiegów, ale na nic to się zdało (…) Tak widocznie miało być” — przyznała aktorka.

Z czasem znaleźli własny sposób na tę pustkę. „Dlatego myśmy byli dla siebie nawzajem ojcem, matką, dzieckiem. Stworzyliśmy dom, w którym byliśmy samowystarczalni. Opiekowaliśmy się sobą. On mną jak ojciec” — dodała.

Marek Walczewski często podkreślał, jak bardzo ceni żonę za troskę i codzienne pilnowanie ich wspólnego świata. Sam żartował ze swoich słabości i mówił o sobie bez upiększeń.

„Ja jestem strasznym bałaganiarzem, często brakuje mi konsekwencji w tym, co robię, zapominam, o co chodzi. Biorę na siebie tylko to, co umiem, a poza zakiszeniem barszczu umiem niewiele” — mówił z dystansem.

Po około 20 latach małżeństwa Małgorzata zaczęła dostrzegać u męża niepokojące zmiany. Najpierw były drobiazgi, które łatwo było tłumaczyć roztargnieniem. Otwarta szuflada. Niezakręcony kran. Zapomniane czynności, które wcześniej nie stanowiły żadnego problemu.

„Zaczęło się od drobiazgów: niezamkniętej szuflady, niezakręconego kranu. Obracał to w żart, bagatelizował” — wspominała.

Walczewski długo nie chciał traktować tych sygnałów poważnie. Dopiero w 2000 roku, po groźnej sytuacji za kierownicą, zdecydował się na wizytę u specjalisty. Nawet wtedy diagnoza nie była czymś, co potrafił przyjąć bez oporu.

„Bronił się. Nie nazywaliśmy tej choroby. Mówiliśmy, że są zmiany w mózgu i trzeba brać lekarstwa. W końcu przestał odróżniać, gdzie co jest w domu (…) zaczęło być groźnie” — opowiadała Niemirska.

W 2004 roku aktorka podjęła jedną z najtrudniejszych decyzji w życiu. Umieściła męża w prywatnym domu opieki. Przez następne pięć lat regularnie do niego jeździła i za każdym razem miała poczucie, jakby żegnała się z nim od nowa.

Kiedy 26 maja 2009 roku Marek Walczewski odchodził, Małgorzata była przy nim. Trzymała go za rękę do końca.

Najbardziej bolesne okazało się dla niej to, że choroba odebrała mu nie tylko pamięć, ale też rozpoznawanie najbliższej osoby. „Dopóki nie nadeszła ta straszna choroba, byliśmy bardzo szczęśliwi. Ale gdy najbliższa osoba przestaje cię rozpoznawać, samemu odechciewa się żyć. Nie ma słów, które mogłyby to opisać” — wyznała.

To powolne gaśnięcie ukochanego człowieka aktorka porównała do tytułu jednego ze swoich ulubionych spektakli z udziałem męża. „W kontekście choroby Marka przypomina mi się tytuł mojego ulubionego spektaklu z jego udziałem 'Powolne ciemnienie malowideł’. Właśnie tak to odczuwałam” — powiedziała.

Od śmierci Marka Walczewskiego minęło już 17 lat, ale dla Małgorzaty Niemirskiej ta rana wciąż nie stała się tylko wspomnieniem. Ich więź była zbyt mocna, by czas mógł wszystko wygładzić.

„Łączyła nas niespotykana więź. Wciąż nie mogę przyzwyczaić się do tego, że jego już nie ma. Czuję się osamotniona” — przyznała aktorka.

Rating
( No ratings yet )
pl.interesujacy.com