Maja Chwalińska zakończyła swoją przygodę z Wimbledonem znacznie wcześniej, niż ona sama i jej kibice mogli sobie życzyć. Po pechowym zdarzeniu na korcie tenisistka musiała pogodzić się nie tylko z przegraną, ale też z konsekwencjami urazu. Teraz wyszło na jaw, że po wszystkim spotkało ją coś jeszcze bardziej przykreego.
Polka w ostatnim czasie mocno zwróciła na siebie uwagę. Nie musiała nawet wygrać French Open, by zrobiło się o niej głośno. Jej świetny występ i zaszczytne drugie miejsce sprawiły, że zaczęto mówić o niej coraz szerzej, także poza granicami kraju.

Dobra forma otworzyła jej drogę do występu na Wimbledonie. Początkowo wszystko układało się obiecująco. Chwalińska walczyła na korcie i pokazywała ambicję, ale w pewnym momencie doszło do pechowego poślizgnięcia. Ten jeden moment mocno zmienił przebieg spotkania.
Maja dokończyła mecz, choć było widać, że nie może już funkcjonować na pełnych obrotach. Do wielu piłek nawet nie podbiegała, bo uraz nie pozwalał jej grać tak, jak wcześniej. W praktyce oznaczało to koniec jej singlowej rywalizacji w prestiżowym turnieju.
Kibice mieli jeszcze nadzieję, że zawodniczka pojawi się w deblu. Sama na początku nie wykluczała takiego scenariusza. Ostatecznie jednak zdrowie musiało okazać się ważniejsze, a Chwalińska poinformowała, że rezygnuje z dalszego udziału.

„Jest mi ogromnie przykro, że muszę się wycofać (…). Wspólnie z moim zespołem robię wszystko, aby jak najszybciej wrócić na kort. Dziękuję Wam za wsparcie – do zobaczenia wkrótce!” — napisała na Instagramie.
Dla wielu fanów sytuacja była jasna. Zawodniczkę zatrzymał pech, a nie brak walki czy zaangażowania. W sieci szybko pojawiło się dużo słów wsparcia, bo kibice rozumieli, że dla ambitnej tenisistki taka końcówka turnieju musiała być wyjątkowo bolesna.
Nie wszyscy jednak okazali jej wyrozumiałość. Obok życzliwych komentarzy zaczęły pojawiać się także wiadomości, których treść trudno usprawiedliwić sportowymi emocjami. O tym, co docierało do Chwalińskiej po porażce, opowiedziała osoba z jej najbliższego zawodowego otoczenia.

Menadżer tenisistki, Piotr Szczypka, nie krył oburzenia. Przyznał, że widział wiadomości, których nawet nie chciał cytować publicznie. Z jego słów wynika, że część ludzi przekroczyła granice w sposób, który trudno opisać spokojnymi słowami.
„To jest coś nieakceptowalnego, ale nieraz jechałem w samochodzie i pikały (…) [powiadomienia o wiadomościach – przyp. aut.], których nie będę tutaj cytował. To, czego życzą ci ludzie, to po prostu już gorzej nie można. Prawdopodobnie Iga podobne rzeczy otrzymuje. To, co czytałem, i to, co słyszałem od Mai, to po prostu tego się nie da opisać” — powiedział menadżer.
Z jego relacji wynika, że Chwalińska musiała mierzyć się nie tylko z bólem po kontuzji i sportowym rozczarowaniem, ale też z brutalnymi reakcjami części internautów. To szczególnie dotkliwe, gdy ktoś sam już przeżywa porażkę i próbuje wrócić do zdrowia.
Szczypka zwrócił uwagę, że nie jest to pierwszy raz, kiedy Maja spotyka się z taką falą negatywnych wiadomości. Tenisistka zna już ten rodzaj krytyki, ale to nie znaczy, że można przechodzić nad nim obojętnie. Zwłaszcza że za wieloma atakami mogą stać frustracje osób, które oczekiwały konkretnego wyniku.
„Jak można mieć taką (…) [niechęć] do człowieka, którego się nie zna? Chyba tylko za to, że przegrał mecz, a miał wygrać, bo ktoś na niego postawił. Maja jest tego świadoma, bo już spotykała ją tego rodzaju (…) [krytyka]” — mówił Piotr Szczypka.

Cała sytuacja pokazuje mniej widoczną stronę sportu. Publiczność ogląda wynik, emocje na korcie i krótkie komunikaty po meczu, ale często nie widzi tego, co dzieje się później. A za porażką może kryć się kontuzja, łzy, frustracja i wiadomości, które zamiast wspierać, uderzają w zawodnika jeszcze mocniej.
Maja Chwalińska po Wimbledonie musi skupić się na powrocie do zdrowia. Jednak słowa jej menadżera pokazały, że najtrudniejszy nie zawsze jest sam przegrany mecz. Czasem równie bolesne okazuje się to, co przychodzi później, gdy internet zamienia sportowe rozczarowanie w bezwzględny atak.
