Bohdan Łazuka ma dziś 87 lat, ale o całkowitym wycofaniu się ze sceny nawet nie myśli. Artysta, który sam mówi o sobie, że jest „ostatnim z żyjących z prawdziwego Kabaretu Starszych Panów”, występuje od niemal 70 lat i nadal znajduje w tym radość. W najnowszej rozmowie wrócił do początków kariery, wspomniał Barbarę Krafftównę, dawne legendy polskiej sceny i zdradził, dlaczego tak naprawdę chciał zająć się muzyką. Jak się okazuje, pewna motywacja towarzyszy mu od młodości aż do dziś.
Bohdan Łazuka od dekad pozostaje jedną z najbardziej charakterystycznych postaci polskiej sceny.
Aktor teatralny i filmowy, piosenkarz, artysta kabaretowy, konferansjer, prezenter i estradowiec — trudno zamknąć jego dorobek w jednym określeniu.
Na scenie pojawił się pod koniec lat pięćdziesiątych.
Już w 1961 roku dołączył do Kabaretu Starszych Panów, który do dziś uchodzi za jedno z najważniejszych zjawisk w historii polskiej rozrywki.

Łazuka należał do świata, w którym liczył się warsztat, elegancja, timing, muzykalność i osobowość.
Dziś, po latach, wspomina tamte czasy z ogromną pasją, ale bez udawania, że wszystko zaczęło się od wielkich artystycznych planów.
Jego droga do muzyki miała bowiem bardzo ludzki i zabawny początek.
Wszystko zaczęło się w warszawskiej szkole muzycznej.
Łazuka uczył się tam w klasie oboju.
Nie był to jednak instrument, o którym marzył od pierwszego dnia.
W rozmowie z Radiem Dla Ciebie artysta przyznał, że początkowo chciał grać na saksofonie.
Powód był prosty i rozbrajająco szczery.
Chciał zrobić wrażenie na kobietach.
„Nie będę taił, że chciałem przypodobać się paniom i uważałem, że saksofon spełnia warunki. Że zwrócę tym instrumentem na siebie uwagę. Ale działo się to w czasach specyficznych, w związku z tym po naradach wśród muzyków uzgodniliśmy, że będę się uczył na oboju. No i się uczyłem na tym oboju” — wspominał Bohdan Łazuka.
Choć wybór oboju mógł wydawać się mniej oczywisty, ostatecznie okazał się dla artysty szczęśliwy.
Łazuka przyznał, że instrument „spełnił jego tęsknoty uczuciowe”.
Przy jednej z okazji poznał bowiem kobietę, która również grała na oboju.
Jak sam ujął to z właściwą sobie elegancją, nie był wobec niej obojętny w uczuciach.
Ten wątek dobrze pokazuje, że w jego opowieściach muzyka, scena i kobiety od początku splatały się ze sobą w naturalny sposób.
Nie ma w tym ciężkiej deklaracji.
Jest lekkość, uśmiech i dystans do samego siebie.
A właśnie taki ton przez lata stał się jednym ze znaków rozpoznawczych Łazuki.
Pierwszym wielkim przełomem w jego karierze był Kabaret Starszych Panów.
To tam spotkał artystów, których dziś wspomina jak absolutnie wyjątkowe osobowości.
Szczególne miejsce w tych wspomnieniach zajmuje Barbara Krafftówna.
Ich duet zapisał się w pamięci widzów, ale zanim powstała finalna forma, trzeba było sporo pracy.
Łazuka miał już za sobą edukację muzyczną i aktorską, bo aktorstwa uczył się w PWST w Warszawie.
Na scenie potrafił zrobić wrażenie, choć sam przyznaje, że największe wrażenie robiły na nim kobiety.
O Barbarze Krafftównie mówił z zachwytem.
„Rozkosz artystyczna i nie tylko. Ona była niezwyczajna. Przy tym, że świetna aktorka, to nic nie straciła z kobiecości. A chichotka była straszna. Można ją było rozśmieszać, ale nie wiem, jak to się stało, że miała pewien rodzaj respektu wobec mnie – tak to określiła” — opowiadał.
W tych słowach jest nie tylko wspomnienie współpracy, ale też obraz dawnej scenicznej chemii.
Łazuka podkreślał, że z Krafftówną ćwiczyli duet przez cały miesiąc.
Pierwsze wersje nie dawały im satysfakcji.
Szukali formy, poprawiali, sprawdzali i dopiero z czasem doszli do parodii, która okazała się właściwym kierunkiem.
To pokazuje, jak bardzo tamten kabaret opierał się na rzemiośle.
Za lekkością, którą widzowie oglądali na ekranie, stały godziny prób, szukania rytmu i precyzyjnego ustawiania każdego gestu.
Łazuka zresztą do dziś mówi o tamtym zespole z wielkim uznaniem.
Nie ukrywa, że obsada Kabaretu Starszych Panów była dla niego czymś niepowtarzalnym.
„Obsada była taka, że lepiej nie można. Irka Kwiatkowska, Kalina [Jędrusik – red.] i Basia Krafftówna, Edward Dziewoński, Mieczysław Czechowicz, Wiesław Gołas, Wiesław Michnikowski i później moja nieskromna osoba. Niezastąpieni byli ci aktorzy” — wymieniał artysta.
Nie zapomniał też o Jeremim Przyborze.
Trudno się dziwić, że z takiego środowiska wyniósł standard, którego później szukał w sztuce przez całe życie.
Kabaret Starszych Panów był dla niego nie tylko etapem kariery.
Był szkołą smaku, humoru i scenicznej klasy.
Dziś Łazuka patrzy na komedię z perspektywy człowieka, który widział i przeżył bardzo wiele.
Gdy zapytano go, czy ostatnio coś nowego go rozśmieszyło, odpowiedział grzecznie, ale znacząco.
Obecnie bawią go komedie z lat 30. i 40.
To krótkie wyznanie mówi sporo o jego gustach.
Łazuka należy do pokolenia artystów, dla których humor musiał mieć elegancję, konstrukcję i aktorską jakość.
Nie chodziło tylko o szybki żart.
Chodziło o formę, tempo, spojrzenie, pauzę i sposób podania.

Właśnie dlatego tak chętnie wraca pamięcią do ludzi, którzy budowali tamten świat.
Opowiada o spotkaniach z Adolfem Dymszą, Stanisławem Bareją, a także o późniejszych doświadczeniach, między innymi z Olafem Lubaszenką przy filmie „Chłopaki nie płaczą”.
Te wspomnienia nie są dla niego pustą kroniką dawnych sukcesów.
Mówi o nich z energią człowieka, który nadal żyje sceną.
Bo choć ma 87 lat, wciąż występuje.
W 2024 roku odbył się jego benefis.
Mogłoby się wydawać, że takie wydarzenie symbolicznie zamyka wielką karierę.
U Łazuki nic z tych rzeczy.
Sam żartuje, że jest „na emeryturze od 30 lat”, ale nadal śpiewa i jeździ na występy.
Oczywiście nie tak często jak dawniej.
Nie musi już żyć w nieustannym pędzie, ale wciąż ma potrzebę kontaktu z publicznością.
Teraz ten rytm wygląda spokojniej.
Artysta może pozwolić sobie na wybór.
Jeśli ma ochotę, jedzie do miasta, występuje, spotyka się z ludźmi, rozmawia i przy okazji zwiedza.
To dla niego ogromna różnica.
Kiedyś praca sceniczna często oznaczała intensywny harmonogram i szybkie przemieszczanie się z miejsca na miejsce.
Dziś może czerpać z wyjazdów więcej przyjemności.
„W tej chwili dwa czy trzy razy w miesiącu jadę, jak mi się chce, do jakiegoś miasta. Konkretnie teraz jadę do Chorzowa i już się cieszę, bo przejdę się, porozmawiam i wszystko w porządku” — podsumował.
To zdanie brzmi jak opis spokojnej, ale wciąż aktywnej codzienności.
Łazuka nie potrzebuje już udowadniać swojej pozycji.
Nie musi walczyć o każdy występ.
Ale jeśli może stanąć przed publicznością, nadal sprawia mu to radość.
Obecnie koncertuje z Czesławem Majewskim, którego nazywa swoim bliskim przyjacielem.
Tę współpracę traktuje jako wielkie szczęście.
Widać, że wciąż liczy się dla niego nie tylko sama scena, ale też ludzie, z którymi może ją dzielić.

Jak zwykle nie zabrakło jednak żartu.
„Jestem zadowolony. Mało tego, powiem panu w tajemnicy – płacą” — powiedział z uśmiechem.
W tej krótkiej puencie mieści się cały Łazuka.
Elegancja, dystans, autoironia i radość z tego, że mimo upływu lat nadal jest potrzebny.
Artysta nie udaje, że czas się zatrzymał.
Ma świadomość swojego wieku i tego, jak wiele dekad spędził na scenie.
Jednocześnie nie pozwala, by liczby definiowały jego codzienność.
Wciąż zajmuje go praca, muzyka, spotkania z publicznością i pamięć o ludziach, którzy tworzyli dawny świat polskiej rozrywki.
Gdy mówi o sobie jako o „ostatnim z żyjących z prawdziwego Kabaretu Starszych Panów”, w tych słowach czuć ciężar historii.
To nie jest tylko żartobliwe określenie.
To świadomość, że był częścią formacji, której większości twórców i aktorów już nie ma.
On nadal opowiada ich historie.
Nadal śpiewa.
Nadal przypomina styl, którego dziś próżno szukać na każdym kroku.
A czego życzy sobie Bohdan Łazuka?
Powtarza życzenia, które kiedyś usłyszał od Antoniego Słonimskiego.
„Sukcesu, kobiety, przyjemności”.
Trudno o bardziej łazukową puentę.
Od młodzieńczych marzeń o saksofonie, którym chciał imponować paniom, przez obój, który „spełnił jego tęsknoty uczuciowe”, po dzisiejsze występy i żarty o płaceniu za koncerty — w jego historii wciąż powraca ta sama energia.
Scena, kobiety, humor, muzyka i przyjemność bycia wśród ludzi.
Bohdan Łazuka ma 87 lat, ale w jego opowieściach nie ma tonu pożegnania.
Jest raczej wdzięczność za to, co było, i apetyt na to, co jeszcze może się wydarzyć.
Może rzadziej wsiada w trasę niż kiedyś.

Może częściej pozwala sobie na spacer po mieście i spokojną rozmowę.
Ale gdy wychodzi na scenę, nadal robi to z poczuciem sensu.
Bo artysta, który prawie 70 lat żyje występami, nie przestaje nim być tylko dlatego, że metryka pokazuje imponującą liczbę.
Łazuka wciąż pracuje, wciąż wspomina, wciąż żartuje i wciąż śpiewa.
A jego największą siłą pozostaje to, że nawet po tylu latach potrafi mówić o scenie tak, jakby nadal była miejscem, do którego chce wracać.
Nie z obowiązku.
Nie z rozpędu.
Ale dla przyjemności, ludzi i tego jednego błysku, który od młodości prowadził go przez życie.
