Beata Ścibakówna i Jan Englert od wielu lat tworzą małżeństwo, które przetrwało komentarze, różnicę wieku i niełatwe początki pod czujnym okiem środowiska. Aktorka właśnie wróciła wspomnieniami do czasu, gdy ich relacja dopiero się zaczynała. Przy okazji ujawniła anegdotę z udziałem swojej mamy, o której wcześniej wiedziało niewielu.
Kiedy Beata Ścibakówna poznała Jana Englerta, była jeszcze studentką. On był już znanym aktorem, pedagogiem i rektorem uczelni. Sam ten układ wystarczył, by ich znajomość od początku budziła ogromne emocje. Do tego dochodziła 25-letnia różnica wieku, która tylko podsycała komentarze.

Ścibakówna zdawała sobie sprawę, że wiele osób może patrzeć na jej związek podejrzliwie. Obawiała się, że będzie oskarżana o to, że związała się z Englertem ze względu na jego nazwisko, sławę i pozycję zawodową.
W 1995 roku aktorka wyszła za Jana Englerta, ale nie przyjęła jego nazwiska. Chciała, by jej własna droga artystyczna była oceniana osobno, bez ciągłego dopisywania jej do sukcesów męża.
„Nie podpierałam się jego nazwiskiem, a on nigdy niczego specjalnie dla mnie nie wyreżyserował. Chciałam iść od początku swoją drogą i to się udaje” — tłumaczyła Beata Ścibakówna.
Ich małżeństwo przetrwało próbę czasu. W 2020 roku para świętowała 25. rocznicę ślubu. W 2000 roku urodziła się ich córka Helena, która także związała życie ze światem artystycznym. Jest aktorką, influencerką i wokalistką, a jesienią ma pojawić się na parkiecie „Tańca z gwiazdami”.

Beata Ścibakówna w programie Marioli Bojarskiej-Ferenc „VIVA! Bez Tabu” opowiedziała o początkach znajomości z Englertem. Przyznała, że gdy zaczął prowadzić zajęcia z jej rocznikiem, robił na studentkach ogromne wrażenie.
„Pamiętam, jak wchodził do nas na zajęcia, bo zaczął uczyć nasz rok, jak my byliśmy na drugim roku. Zaczął nas uczyć i jak wchodził do sali wykładowej, to zawsze mówił: „Dzień dobry, dzień dobry. Przepraszam, pani, czy mogę zdjąć marynarkę?” A wszyscy: „Tak, tak, tak”. I zaczynał wykład, więc naprawdę, może nie kochałyśmy, ale zauroczone byłyśmy. W końcu to był Jan Englert, to był nasz rektor, to był nasz profesor, który wspaniale uczył. Wyglądał i wygląda pięknie” — wyznała.
Aktor miał więc charyzmę, która działała nie tylko z ekranów i sceny, ale także w sali wykładowej. Ścibakówna przyznała, że studentki były nim zauroczone, choć z dzisiejszej perspektywy opowiada o tym z humorem i dystansem.
Najbardziej zaskakujący szczegół dotyczył jednak jej mamy. Gdy Beata miała wyjechać na wakacje, mama zaczęła dopytywać, z kim właściwie wybiera się w podróż. Aktorka początkowo odpowiedziała, że z kolegą ze szkoły, ale to nie wystarczyło.
Kiedy padło nazwisko Jana Englerta, reakcja mamy była natychmiastowa i kompletnie rozbroiła córkę.

„Moja mama kiedyś powiedziała: „Ale to z kim wyjeżdżasz na te wakacje?”. Ja mówię: „No z kolegą ze szkoły”. „No ale kto to jest ten kolega? Jak się nazywa?”. I mówię: „No Jan Englert”. A moja mama: „To ja się w nim kochałam!”” — opowiedziała ze śmiechem Beata Ścibakówna.
Ta historia pokazuje, jak silnie Jan Englert działał na wyobraźnię kolejnych pokoleń widzek. Dla Beaty był profesorem i późniejszym mężem, ale dla jej mamy okazał się dawnym obiektem zachwytu.
Ścibakówna dodała, że z mężem nie weszli od razu w gotowe, wygodne życie. Wszystko budowali od podstaw. Ich decyzja o ślubie nie była tylko efektem romantycznych gestów, lecz także codziennych potrzeb i wspólnego układania przyszłości.
Po latach ich związek nadal budzi zainteresowanie, ale dziś trudno sprowadzać go wyłącznie do różnicy wieku czy dawnych kontrowersji. Beata Ścibakówna konsekwentnie szła własną drogą, a Jan Englert nie musiał budować jej kariery za nią.

Najświeższe wyznanie aktorki pokazuje ich początki z bardziej prywatnej, ludzkiej strony. Jest w tej historii i zauroczenie studentek, i zaskoczona mama, i młoda kobieta, która musiała mierzyć się z komentarzami, zanim jeszcze jej małżeństwo zdążyło naprawdę okrzepnąć.
