Ilona Łepkowska wypunktowała zamieszanie wokół Grocholi. „Można było to załatwić bardziej elegancko”

Afera wokół filmu „A właśnie, że tak. Nigdy w życiu! 20 lat później” wciąż nie cichnie. Brak Joanny Jabłczyńskiej w roli Tosi wywołał ogromne emocje, a teraz do sprawy ponownie odniosła się Ilona Łepkowska, scenarzystka pierwszej części kultowej produkcji. Jej zdaniem całą sytuację rozwiązano bardzo niezręcznie, a Katarzyna Grochola, jako współproducentka filmu, miała w projekcie realny wpływ. Łepkowska nie ukrywa, że Joanna Jabłczyńska mogła poczuć się źle potraktowana.

Spór wokół kontynuacji „Nigdy w życiu!” od kilku tygodni rozpala publiczność.

Widzowie, którzy pamiętają film z 2004 roku, liczyli na powrót dobrze znanych twarzy.

Tymczasem okazało się, że w nowej produkcji zabraknie Joanny Jabłczyńskiej.

To właśnie ona przed laty wcieliła się w Tosię, córkę Judyty.

Dla wielu fanów ta postać była ważną częścią pierwszego filmu.

Dlatego wiadomość, że rola trafiła do Agnieszki Żulewskiej, od razu wzbudziła ogromne poruszenie.

Tym bardziej że w filmie „A właśnie, że tak. Nigdy w życiu! 20 lat później” mają pojawić się nazwiska kojarzone z pierwszą częścią.

W obsadzie są między innymi Danuta Stenka i Artur Żmijewski.

To tylko zwiększyło zdziwienie fanów.

Skoro wracają najważniejsze twarze dawnej historii, dlaczego zabrakło aktorki, która grała Tosię?

Joanna Jabłczyńska nie ukrywała rozczarowania.

Przekonywała, że wcześniej docierały do niej sygnały, które mogły sugerować powrót oryginalnej obsady.

Po jej wypowiedziach głos zabrały Katarzyna Grochola i Dorota Szelągowska.

Dyskusja szybko wymknęła się poza zwykłą rozmowę o obsadzie.

Zrobił się z tego jeden z najgłośniejszych sporów w polskim show-biznesie ostatnich tygodni.

Teraz do tematu wróciła Ilona Łepkowska.

Jej słowa mają szczególną wagę, bo to ona była scenarzystką pierwszego filmu „Nigdy w życiu!”.

Nie patrzy więc na sprawę jak przypadkowa obserwatorka.

Zna świat tej historii.

Wie, jak bardzo widzowie przywiązali się do bohaterów.

Rozumie też, że przy kontynuacji tak lubianego tytułu każda decyzja obsadowa może wywołać reakcję.

Łepkowska jasno dała do zrozumienia, że od początku bardziej rozumiała stanowisko Joanny Jabłczyńskiej.

Nie próbowała owijać w bawełnę.

„Uważam, że to zostało załatwione bardzo niezręcznie. To jest najdelikatniejsze słowo, którego mogę użyć, a ciśnie mi się na usta słowo dużo gorsze, ale też nie chcę tej atmosfery podgrzewać. Tak, ja uważam, że ona miała prawo się czuć niezbyt dobrze” — powiedziała Ilona Łepkowska.

To bardzo mocna wypowiedź.

Scenarzystka nie mówi, że doszło tylko do drobnego nieporozumienia.

Nie twierdzi, że Jabłczyńska przesadziła.

Przeciwnie.

Podkreśla, że aktorka miała prawo poczuć się źle.

Szczególnie jeśli wcześniej pojawiały się sygnały sugerujące, że dawna obsada może wrócić.

Łepkowska zaznacza jednocześnie, że przy takich produkcjach decyzje nie zapadają zazwyczaj jednoosobowo.

Nie obarcza więc Katarzyny Grocholi całą odpowiedzialnością za obsadową zmianę.

Ale zwraca uwagę, że Grochola jest współproducentką filmu, więc jej głos w projekcie nie był bez znaczenia.

Zdaniem Łepkowskiej sama decyzja mogła być przemyślana, ale sposób jej przeprowadzenia pozostawia wiele do życzenia.

„Wiem, że oczywiście decyzje zapadają kolegialnie, że nigdy nie są to decyzje jednoosobowe właściwie. […] Natomiast tu na pewno ta decyzja była taką decyzją przemyślaną, ale to nie oznacza jeszcze, że nie można było tego załatwić w sposób bardziej elegancki” — dodała.

To właśnie słowo „elegancki” najmocniej wybrzmiewa w całej sprawie.

Bo według Łepkowskiej problemem nie musiał być sam wybór Agnieszki Żulewskiej.

Twórcy mają prawo do własnej wizji.

Mogą zmieniać obsadę.

Mogą inaczej poprowadzić bohaterów po latach.

Ale przy tak znanym tytule i tak rozpoznawalnej roli trzeba szczególnie uważać na komunikację.

Joanna Jabłczyńska przez lata była dla widzów Tosią.

Jeśli nie miała wrócić, należało — zdaniem Łepkowskiej — rozegrać to z większym wyczuciem.

Scenarzystka przypomniała też, że ze strony Katarzyny Grocholi miały wcześniej padać słowa, które mogły dawać aktorkom pewną nadzieję.

Jedna z takich sytuacji została zarejestrowana przez kamery.

„Tym bardziej, że przecież były jakieś sygnały od Katarzyny Grocholi w jej stronę, nawet są na to ślady takie z nagrania z TVN-u i tak dalej, kiedy mówiła: 'Dziewczyny, szykujcie się’. Więc jednak, mimo wszystko, to nie była oczywiście oficjalna propozycja, umowa i tak dalej, ale to było” — wyznała Łepkowska.

To ważny fragment.

Łepkowska nie twierdzi, że padła formalna propozycja roli.

Nie mówi o podpisanej umowie.

Nie sugeruje, że produkcja prawnie coś obiecała.

Ale zwraca uwagę na emocjonalny i komunikacyjny wymiar sprawy.

Jeśli aktorka słyszy publiczne sygnały w stylu „Dziewczyny, szykujcie się”, może zacząć myśleć, że powrót dawnej obsady jest realny.

A gdy potem okazuje się, że jej miejsca już nie ma, rozczarowanie nie powinno dziwić.

Właśnie dlatego Łepkowska uważa, że sytuację można było przeprowadzić z większą klasą.

Nie musiało dojść do tak ostrego konfliktu.

Nie musiały pojawiać się publiczne żale.

Nie musiała wybuchać afera, która teraz przykrywa rozmowę o samym filmie.

Wystarczyłaby lepsza rozmowa, jaśniejszy komunikat i większa uważność wobec osoby, która przez lata była częścią tej historii.

Scenarzystka zwróciła też uwagę na szczegół, który zauważyła na zdjęciach z planu.

Chodzi o wygląd ekranowej relacji między Judytą a Tosią.

W nowym filmie Tosię gra Agnieszka Żulewska.

Łepkowska zauważyła, że aktorka jest wyższa od Danuty Stenki, która wciela się w jej filmową matkę.

W pierwszej części Tosia grana przez Joannę Jabłczyńską była od Judyty wyraźnie niższa.

Dla Łepkowskiej ta zmiana wygląda dziwnie, bo bohaterka miała wtedy 15 lub 16 lat, więc trudno zakładać, że po latach tak mocno jeszcze urosła.

„Mnie tylko jak zobaczyłam dzisiaj, powiem szczerze, zdjęcia z planu, to pomyślałam, że ktoś nie zastanowił się nad jednym. Otóż Agnieszka Żulewska jest wyższa od swojej filmowej matki. Tosia była wyraźnie niższa, miała wtedy tam 15 czy 16 lat, w związku z tym raczej już później się nie rośnie” — wyjawiła.

Ten komentarz pokazuje, jak uważnie scenarzystka patrzy na detale.

Dla części widzów różnica wzrostu może wydawać się drobiazgiem.

Dla osoby, która współtworzyła pierwszy film i pamięta jego obraz, taki szczegół od razu rzuca się w oczy.

Zwłaszcza że, jak podkreśliła Łepkowska, zdjęcia z pierwszej części wciąż krążą w przestrzeni publicznej.

Widzowie pamiętają, jak wyglądały relacje między postaciami.

Pamiętają Judię i Tosię z dawnych kadrów.

Dlatego nagła zmiana może być dla nich zauważalna.

Scenarzystkę zdziwiło również to, że różnicy nie da się łatwo wytłumaczyć obuwiem.

Agnieszka Żulewska miała mieć na zdjęciach płaskie buty, podczas gdy Danuta Stenka pojawiła się w butach na obcasie.

Mimo tego Żulewska i tak wyglądała na wyższą.

„To jest troszeczkę taki błąd, bo pamiętamy te zdjęcia, one krążą cały czas w przestrzeni i wiemy, że ona tu sięgała, a teraz jest tak nad Danusią Stenką. Więc to jest trochę dla mnie dziwne, bo na takie rzeczy się patrzy. […] Nie wiem, dlaczego na to nie spojrzano” — podsumowała Łepkowska.

To kolejny punkt, w którym scenarzystka nie ukrywa zdziwienia.

Nie chodzi już tylko o emocje Joanny Jabłczyńskiej.

Nie chodzi tylko o sposób komunikacji.

Łepkowska wskazuje także na konkretny detal ekranowy, który jej zdaniem mógł zostać przeoczony.

Dla niej takie rzeczy mają znaczenie, bo budują wiarygodność świata przedstawionego.

Jeśli widz pamięta nastoletnią Tosię jako niższą od matki, może zwrócić uwagę, że dorosła wersja tej samej bohaterki nagle wygląda zupełnie inaczej.

Oczywiście kino zna zmiany obsadowe.

Widzowie często akceptują, że po latach postać gra inna osoba.

Ale przy kontynuacji kultowego filmu takie decyzje są bardziej ryzykowne.

Tu liczy się pamięć publiczności.

Sentyment.

Przywiązanie do twarzy.

Drobne gesty.

Nawet wzrost.

Ilona Łepkowska wyraźnie patrzy na tę sprawę z perspektywy kogoś, kto rozumie mechanizm kontynuacji.

Nie wystarczy wziąć znany tytuł i dopisać „20 lat później”.

Trzeba jeszcze zadbać, by widz poczuł, że wraca do świata, który zna.

A jeśli w tym świecie czegoś zabraknie, trzeba bardzo ostrożnie wytłumaczyć dlaczego.

Tymczasem przy sprawie Joanny Jabłczyńskiej zabrakło, według Łepkowskiej, właśnie tej ostrożności.

Aktorka mogła poczuć się odsunięta.

Widzowie poczuli się zaskoczeni.

A osoby związane z projektem zaczęły publicznie komentować sprawę, co tylko dolało oliwy do ognia.

W efekcie film, zamiast spokojnie budować oczekiwanie, wszedł w centrum medialnego konfliktu.

To może być dla produkcji bardzo niewygodne.

Zwłaszcza że „Nigdy w życiu!” ma ogromny sentymentalny kapitał.

Pierwsza część była dla wielu widzów czymś ciepłym, lekkim i bliskim.

Historia Judyty, jej życiowego przełomu i relacji z córką zapisała się w pamięci publiczności.

Po latach kontynuacja miała szansę oprzeć się na tym sentymencie.

Ale afera wokół obsady sprawiła, że rozmowa przesunęła się w zupełnie inną stronę.

Zamiast pytań o fabułę są pytania o kulisy.

Zamiast radości z powrotu są pretensje.

Zamiast ekscytacji są porównania, żal i rozliczenia.

Łepkowska najwyraźniej uważa, że można było tego uniknąć.

Jej zdaniem wystarczyło bardziej eleganckie podejście do Joanny Jabłczyńskiej i jaśniejsza komunikacja ze strony osób odpowiedzialnych za film.

W tej sprawie szczególnie istotna jest rola Katarzyny Grocholi.

Pisarka nie jest tylko autorką literackiego pierwowzoru.

Według Łepkowskiej jest również współproducentką filmu.

To oznacza, że ma wpływ na projekt i nie można traktować jej wyłącznie jako osoby stojącej z boku.

Scenarzystka nie mówi, że Grochola sama zdecydowała o wszystkim.

Ale sugeruje, że jej pozycja w projekcie sprawia, iż jej słowa i działania miały znaczenie.

Jeśli wcześniej dawała sygnały dawnym aktorkom, a potem obsada potoczyła się inaczej, należało to rozwiązać z wyczuciem.

Tak brzmi sedno krytyki Łepkowskiej.

Nie chodzi o to, by każdy twórca musiał zawsze wracać do pierwotnej obsady.

Chodzi o styl.

O sposób potraktowania ludzi.

O to, jak komunikuje się trudne decyzje osobom, które były częścią sukcesu pierwszego filmu.

Joanna Jabłczyńska nie była przypadkową epizodystką.

Jej Tosia miała miejsce w pamięci widzów.

Jeśli miała zostać zastąpiona, można było — zdaniem Łepkowskiej — zrobić to tak, by nie zostawić po sobie poczucia przykrości.

Tymczasem całe zamieszanie rozlało się po mediach.

A każda kolejna wypowiedź tylko podgrzewała atmosferę.

Łepkowska już wcześniej ostro wypowiadała się o zachowaniu Doroty Szelągowskiej.

Teraz skupiła się przede wszystkim na samej decyzji obsadowej, sygnałach wysyłanych przez Grocholę i braku elegancji w rozwiązaniu sprawy.

To pokazuje, że jej krytyka nie dotyczy jednego komentarza czy jednego nazwiska.

Ona widzi problem szerzej.

Jako błąd w sposobie prowadzenia całej sytuacji.

Jako brak taktu wobec aktorki, która miała prawo spodziewać się czegoś innego.

Jako niedopatrzenie w warstwie obsadowej i wizerunkowej.

I jako niepotrzebne obciążenie filmu jeszcze przed premierą.

Takie słowa mogą mocno zaboleć twórców nowej produkcji.

Zwłaszcza że wypowiada je osoba związana z sukcesem oryginału.

Ilona Łepkowska wie, jak buduje się film, który trafia do masowej publiczności.

Wie, jak ważne są emocje widzów.

Wie też, że w przypadku kontynuacji po latach nie zaczyna się od zera.

Twórcy wchodzą w teren pełen wspomnień.

Każda decyzja jest porównywana z przeszłością.

Każda zmiana może zostać uznana za naruszenie czegoś znanego.

Dlatego trzeba działać ostrożnie.

A tutaj, według niej, tej ostrożności zabrakło.

Najbardziej gorzkie jest to, że spór mógł przykryć sam film.

„A właśnie, że tak. Nigdy w życiu! 20 lat później” powinien być rozmową o powrocie znanej historii, o dojrzałych bohaterach i o tym, jak po dwóch dekadach zmienił się ich świat.

Zamiast tego wiele osób mówi głównie o tym, dlaczego Joanna Jabłczyńska nie wróciła jako Tosia.

To nie jest wymarzony start dla żadnej produkcji.

Szczególnie takiej, która opiera się na nostalgii.

Nostalgia wymaga zaufania.

Afera to zaufanie osłabia.

Widzowie zaczynają zastanawiać się, czy twórcy naprawdę uszanowali dawną historię.

Czy zadbali o osoby, które ją współtworzyły.

Czy podjęli decyzje z wyczuciem.

Czy może najważniejsza była nowa koncepcja, bez oglądania się na emocje tych, którzy pamiętają oryginał.

Łepkowska nie ma wątpliwości, że Joanna Jabłczyńska miała prawo czuć się źle.

To zdanie jest dla całej afery kluczowe.

Bo scenarzystka nie sprowadza sprawy do kaprysu aktorki.

Nie mówi, że Jabłczyńska przesadza.

Przeciwnie.

Daje jej prawo do rozczarowania.

A przy tym wskazuje, że można było zadbać o elegancję, nawet jeśli decyzja o zmianie obsady była już ostateczna.

Czasem nie da się uniknąć trudnej decyzji.

Ale można wybrać sposób, w jaki się ją przekazuje.

To właśnie ten sposób stał się największym problemem.

Słowa Grocholi o tym, że „dziewczyny” mają się szykować, nie były umową.

Ale były sygnałem.

A sygnały w świecie filmu, zwłaszcza przy tak znanej produkcji, mają znaczenie.

Mogą budzić oczekiwania.

Mogą tworzyć nadzieję.

Mogą sprawić, że ktoś zacznie myśleć o powrocie do dawnej roli.

Gdy potem okazuje się, że tej roli jednak nie będzie, potrzebna jest delikatność.

Zdaniem Łepkowskiej tej delikatności zabrakło.

Z kolei sprawa wzrostu Agnieszki Żulewskiej pokazuje, że scenarzystka patrzy nie tylko na emocjonalną stronę konfliktu, ale też na ekranową ciągłość.

Dla jednych to drobiazg.

Dla innych znak, że przy kontynuacji zabrakło uwagi na szczegóły.

A w filmie szczegóły potrafią mieć ogromne znaczenie.

Zwłaszcza gdy publiczność ogląda nowe kadry i natychmiast porównuje je z dawnymi.

Łepkowska zauważyła, że Tosia była kiedyś wyraźnie niższa od Judyty.

Teraz dorosła wersja postaci, grana przez Żulewską, wygląda na wyższą od filmowej matki.

Jej zdaniem ktoś powinien był się nad tym zastanowić.

Ten komentarz może wydawać się drobny, ale w połączeniu z całą aferą nabiera większej wagi.

Bo pokazuje, że wokół filmu pojawia się coraz więcej pytań.

Nie tylko o sposób potraktowania Jabłczyńskiej.

Także o decyzje obsadowe i ich zgodność z tym, co widzowie pamiętają z pierwszej części.

A im więcej takich pytań, tym trudniej produkcji wejść do kin bez dodatkowego ciężaru.

Ilona Łepkowska nie próbuje udawać, że sprawa jej nie dotyczy.

Jako scenarzystka pierwszego filmu ma emocjonalne i zawodowe prawo do komentarza.

Jej słowa są ostre, ale nie chaotyczne.

Wypunktowuje konkretne elementy.

Niezręczne załatwienie sprawy.

Prawo Jabłczyńskiej do złego samopoczucia.

Sygnały ze strony Grocholi.

Kolegialny charakter decyzji.

Możliwość bardziej eleganckiego rozwiązania.

I detal ze zdjęć z planu, który wydał jej się błędem.

To nie jest jedno zdanie rzucone w emocjach.

To pełna lista zastrzeżeń.

Dla twórców kontynuacji może być niewygodna.

Dla widzów — bardzo interesująca.

Bo pokazuje, że afera wokół Tosi nie sprowadza się tylko do tego, kto dostał rolę.

Chodzi o pamięć, sposób komunikacji, relacje w branży i szacunek wobec ludzi, którzy współtworzyli sukces oryginału.

A przy tak lubianym tytule to wszystko ma znaczenie.

Katarzyna Grochola stworzyła historię, która przez lata żyła w sercach czytelników i widzów.

Ilona Łepkowska współtworzyła filmową wersję, która zapisała się w popkulturze.

Joanna Jabłczyńska była częścią tamtego sukcesu jako Tosia.

Agnieszka Żulewska weszła dziś w tę rolę w nowej produkcji.

Każda z tych osób znajduje się teraz w centrum rozmowy, która dawno przestała być zwykłą promocją filmu.

Łepkowska podkreśla, że można było zrobić to inaczej.

I właśnie ta myśl zostaje po jej wypowiedzi najmocniej.

Nie chodzi o cofnięcie czasu.

Nie chodzi o unieważnienie obsady.

Nie chodzi nawet o publiczne rozliczenie wszystkich osób zaangażowanych w projekt.

Chodzi o poczucie, że zabrakło elegancji tam, gdzie elegancja była szczególnie potrzebna.

Przy powrocie kultowej historii.

Przy aktorce, która przez lata była kojarzona z rolą.

Przy widzach, którzy pamiętają dawny film.

Przy projekcie, który miał bazować na sentymencie, a zaczął od medialnej burzy.

Ilona Łepkowska powiedziała to jasno.

Decyzja mogła być przemyślana.

Ale sposób jej przeprowadzenia nie musiał być tak niezręczny.

I to właśnie jest najostrzejsze podsumowanie całej afery.

Rating
( No ratings yet )
pl.interesujacy.com